Odbitki przez internet, wywoływanie zdjęć - Fotocyfra.net

Wysoka jakość papieru Fuji, niskie ceny

U BIAŁYCH TAJÓW

U BIAŁYCH TAJÓW

Po noclegu nad  jeziorem w Dien Bien ruszyliśmy na południowy-wschód wzdłuż Czarnej Rzeki. Pierwsze złapane auto zawiozło nas na targ do małej miejscowości B-To. Zalała nas tu fala uśmiechów, uścisków dłoni i serdeczności. Większość mieszkańców tych terenów stanowią mniejszości etniczne, przede wszystkim Biali Tajowie. Nie mogliśmy się napatrzeć na pomponiaste nakrycia głów kobiet, a one odwdzięczały się nam równie intensywnymi spojrzeniami. Zaglądały nam do plecaków, uśmiechały się, pozowały do zdjęć i koniecznie chciały obejrzeć je na ekranie. Zagadywały w swoim języku. Dziadziuś podszedł i dał nam w dłoń parę zielonych śliwek. Straszni mili ludzie. Turyści rzadko zaglądają o tej część Wietnamu, więc byliśmy dla nich ciekawym kąskiem. W knajpce koło targu zjedliśmy tradycyjną zupę Ph i pomachaliśmy na do widzenia. Tego dnia udało nam się jeszcze dojechać górską drogą do Son La. Mijaliśmy wioski pełne zwierząt: kurczaków, świń, bawołów, kóz. Dziadkowie przed domami palili tradycyjne, długie drewniane fajki, popijali zieloną herbatę z małych filiżanek. Kiedy już znaleźliśmy się w miasteczku stwierdziliśmy, że po wielu dniach marszu i noclegów pod namiotem konieczny jest prysznic, suszenie namiotu i pranie ręczne. Znaleźliśmy w miarę tani pokój i od razu zabraliśmy się za zmywanie z siebie warstwy laotańskiego błota. Rano wyglądamy za okno… pada. Zebraliśmy jeszcze wilgotne rzeczy ze sznurka wiszącego nad łóżkiem i wyszliśmy na drogę. Pogoda nie sprzyjała autostopowi, więc schowaliśmy się pod daszkiem małej knajpki. Za ladą siedziała młoda kobieta, a między stolikami harcowało trzech urwisów. Emilia dołączyła do nich i razem poskakali w  gumę. Jesteśmy na drugim końcu świata a zasady i „choreografia” są dokładnie te same ;-) W międzyczasie ich mama przygotowała nam pycha śniadanie: ryż z mięsem i warzywami i omlety. A na deser kupiliśmy kiść bananów od staruszki, która też schowała się przed deszczem. Śmiała się cały czas, prezentując sznur czarnych jak smoła zębów. To kobieta z plemienia Lu. Farbują je dymem ze spalania kawałków drzew Met i Xuyen. Twierdzą, że tak jest piękniej :-) . My zostajemy przy bieli. Ciekawy ten Wietnam.

NOMADZI

SRI PADA

Sri Pada

Sri Pada to lankijska nazwa Góry Adama (Adam`s Peak) o wysokości 2243m n.p.m. Szczyt jest najbardziej znaną i obleganą górą na całym Cejlonie, zarówno przez turystów jak i pielgrzymów. Aby się do niego dostać, należy pojechać prawie w sam środek wyspy, gdzie większość mieszkańców stanowią Tamilowie, zatrudnieni na plantacjach herbaty. Wszyscy razem i każdy z nich z osobna są podejrzani o współpracę z Tamilskimi Tygrysami (LTTE), toteż pod pretekstem ochrony wojsko rozmieściło swoje posterunki na dosłownie każdej drodze, co kilkanaście kilometrów. Przy każdym posterunku trzeba wyjść z autobusu, pokazać dokumenty i zawartość bagażu. My zazwyczaj udawaliśmy, że nie wiemy o co chodzi, więc żołnierze zostawiali nas w spokoju. Udało nam się w końcu dojechać krętą szosą do Dalhousie, małego miasteczka położonego pod świętą górą. Za 600 rupii (15zł) wynajęliśmy pokoik w przytulnym Green Guest House i przygotowaliśmy się na nocne wejście na szczyt. Pobudka o 2 w nocy, wymarsz o 2:30. Ciekawostką jest to, iż cała trasa od podnóża na sam szczyt, jest oświetlona latarniami. Dodatkowo wzdłuż niej ciągną się dziesiątki straganów, kramów, restauracji i innych tego typu „atrakcji”. Szlak jest dość stromy, zwłaszcza ostatni odcinek, ale aż do samej góry poprowadzone są schody. Pomagają w górę, ale mocno dokuczają kolanom przy zejściu. Dziwnie się czujemy bo po raz pierwszy w życiu wchodzimy w ten sposób na dwutysięczną górę – w środku nocy, po schodach i przy blasku latarni. Na szczycie, trzeszcząc zębami z zimna, czekała spora gromada ludzi – Lankijczyków, Tamilów i turystów z zagranicy. Po co ci wszyscy ludzie wchodzą na szczyt nocą? Raz, że w dzień jest piekielnie gorąco, dwa, że o wschodzie słońca odprawiana jest pudża czyli buddyjska uroczystość. Tuż przed pierwszym promieniem zaczęły grać bębny, mnisi odśpiewali rytualne pieśni i poprowadzili procesję dookoła świątyni, w której podobno znajduje się odcisk stóp Adama, Buddy lub Sziwy (w zależności w co kto wierzy). Do rytmu muzyki pojawiło się czerwone Słońca i automatycznie, po drugiej stronie, na zalane chmurami wzgórza i wsie padł idealnie trójkątny cień góry, utrzymujący się przez kilka minut, jakby zawieszony w powietrzu. Od razu zrobiło się cieplej i w asyście zachwyconych pielgrzymów zeszliśmy z jednego z najwyższych szczytów Sri Lanki (na najwyższy Pidurutalagala nie można wejść, bo zajmuje go wojsko… ale tu chyba to nikogo nie dziwi).

NOMADZI