Odbitki przez internet, wywoływanie zdjęć - Fotocyfra.net
Klasztor Deir Mar Musa
Klasztor Deir Mar Musa
O klasztorze dowiedzieliśmy się od naszego znajomego Syryjczyka, u którego mieszkaliśmy kilka dni w mieście Homs. Issa bardzo polecał nam to miejsce i zostanie tam na noc. Posłuchaliśmy się jego rad i ruszyliśmy na południe, główną szosą w kierunku Damaszku. Wielką ciężarówką dojechaliśmy do kamieniołomu, skąd wskazano nam górską ścieżkę prowadzącą do klasztoru. Na zboczach wąskiej, skalistej i pozbawionej niemal roślinności doliny, po arabsku zwanej wadi, znajduje się z jezuicki klasztor z XI wieku. Ciekawe, że na takim odludziu znajduje się chrześcijańska enklawa w muzułmańskim kraju. Budynki rozrzucone są po obu stronach doliny, a łączy je stalowy mostek. Przetransportowaliśmy się do innego świata – przecudna lokalizacja, a cisza Pustyni Syryjskiej na zawsze pozostanie nam w pamięci. Przywitali nas mnisi i spytali czy chcemy zostać na noc. Oczywiście, że chcemy! Kobiety i mężczyźni śpią tu w osobnych budynkach. Aby dostać się do części zamieszkałej przez kobiety, trzeba przejść przez żelazne drzwi, chyboczący się mostek zawieszony nad doliną, wdrapać się kilkadziesiąt schodów i ominąć psa strażnika, który chyba pilnuje żeby żaden pan się tu nie wkradł. Jedną z ważniejszych zasad działania klasztoru jest jego gościnność i otwartość – można tu zostać jak długo się chce, a każdy podróżny może skorzystać z noclegu i posilić się, w zamian za pomoc przy pracach gospodarczych. My zaprzyjaźniliśmy się z parą Kanadyjczyków, którzy zwiedzają świat nieprzerwanie od 4 lat. Wieczorem mnisi zapraszają na medytację i mszę po arabsku. Zaraz po uroczystości odbywa się wspólna kolacja – chleb, ser domowej roboty (mnisi mają swoje stado kóz), dżem, zatar, oliwa i herbata, czyli czaj. Z pełnymi brzuchami chcieliśmy posiedzieć sobie na tarasie, gdy rozległ się głos wielkiego mnicha: „MEN OUTSIDE, MEN OUTSIDE”. Tylko, co to niby znaczy? Żelazna reguła klasztoru nakazuje, że tuż po zakończeniu kolacji wygania się panów do ich części, zamyka wielkie drzwi i do rana się ich nie otwiera. Tego się nie spodziewaliśmy. Ale cóż zrobić. Grzecznie rozeszliśmy się do swoich części i już o 21 byliśmy w łóżkach.
Tomasz Nasiółkowski & Emilia Maciejczyk (NOMADZI – nomads.world@gmail.com)
NA CHODNIKU
Na chodniku
Na ulicach Paryża, Londynu czy Wrocławia krawężnik wyznacza granicę między światem pieszego i światem zmotoryzowanych. W Delhi przestrzeń zorganizowana jest inaczej. Tu krawężnik ma mało do powiedzenia, a podział na chodnik i jezdnię jest mocno zatarty, lub nawet nie istnieje. Pędzący sznur warczących motoriksz, łańcuszki spoconych tragarzy ciągnących drewniane platformy wypchane towarem sterczącym na kilka metrów w niebo, rowerowe riksze ozdobione kolorowymi malowidłami, rozklekotane autobusy, których kierowcy ani na chwilę nie rezygnują z naciskania klaksonu, spacerujące krowy… to wszystko zlewa się w jedną masę wraz z pieszymi, próbującymi przejść na drugą stronę, matkami odbierającymi dzieci ze szkoły, sklepikarzami, którzy wystawiają swój towar, bosymi pielgrzymami oraz bezdomnymi. Kiedy już przyzwyczaimy się do zgiełku, ruchu i hałasu możemy wypatrzyć ciekawostki, jakie szykuje dla nas stołeczny chodnik.
Między stłoczoną gromadą odpoczywających tragarzy przeciska cię ciemnoskóry mężczyzna, z czerwonym turbanem na głowie. Zza ucha wystaje mu długaśny patyk zakończony kulką z waty. Zagaduje kolejno mijanych ludzi, aż w końcu natrafia na… klienta. Usadawiają się wygodnie przy krawężniku a pałeczki idą w ruch. Klient krzywi się i grymasi, kiedy czyściciel uszu wykonuje swoją pracę. Wszystko trwa zaledwie chwilę, po czym wzbogacony o klika rupii czyściciel odchodzi w poszukiwaniu nowego klienta. Nie musi szukać długo, tuż za rogiem zaczepia go młoda dziewczyna. Biznes kwitnie, a widok mężczyzny grzebiącego w cudzych uszach nikogo nie dziwi.
Po drugiej stronie ulicy, na skwerku pod drzewem, przykucnął ciemnowłosy chłopak. Na białym stoliku wykłada towar: patyki różnych wielkości i grubości związane czarną gumką. Jasna kora do jasnej, ciemna do ciemnej. Tylko po co komu patyki? Zapytany co sprzedaje, pokazuje do czego wykorzystuje się te kawałki drewna – to coś w rodzaju naszej szczoteczki do zębów. Szoruje się nim jamę ustną, żuje kawałek po kawałku. Nie każdy patyk nadaje się do tego celu… musi to być neem (Azadirachta indica), które ma właściwości lecznicze i oczyszczające.
A kiedy patyki zawiodą i zęby się jednak psują można odwiedzić dentystę. Urzęduje na krawężniku tuż obok sprzedawcy „szczoteczek”. Ma lekko podwinięty wąs i tajemniczy uśmiech. Na czerwonym materiale wyłożył cały swój sprzęt. Komplet sztucznych zębów, miseczki, dłuta, pilniki i watę. Ciarki przechodzą po plecach na sam widok tego wyposażenia, ale skoro tam urzęduje, znaczy, że ktoś do niego przychodzi. Zawsze można najpierw spytać o radę wróżbitę, który siedzi po drugiej stronie ulicy. Z magicznego ułożenia pestek po pistacjach i kolorowych kamyczków wyczyta czy warto odwiedzić dentystę. Dla pewności z układu linii papilarnych może nam przepowiedzieć pasmo sukcesów… tym większe im więcej rupii wciśniemy mu w dłoń.
Ulice Delhi oferują nam też ogromny wybór fryzjerów i golibrodów na świeżym powietrzu; sprzedawców kłódek, na które możemy zamknąć nasz hotelowy pokój, dziesiątki miejsc, w których możemy się zważyć, wyczyścić buty, wyprać, wyprasować czy zszyć odzież, skorzystać z toalety (wyznaczona ściana budynku z rurą odpływową), podyktować pismo człowiekowi z maszyną do pisania, jeśli jesteśmy analfabetami. Gdzie tylko spojrzymy czeka na nas jakiś nietypowy zawód, niespotykane nigdzie indziej zajęcie.
Wszystko pod gołym niebem, wszystko na chodniku.
Tomasz Nasiółkowski & Emilia Maciejczyk (NOMADZI – nomads.world@gmail.com)
PAŃSKA GÓRA – ZAGUBIONE NAZWY
PAŃSKA GÓRA – ZAGUBIONE NAZWY
Tylko zapaleni górzyści wiedzą, jak bardzo wejście Polski do układu z Schengen ułatwiło im życie. Skończyły się absurdy przygraniczne z sukcesem komplikujące dotarcie do wielu ciekawych miejsc. Ograniczenia na wskroś idiotyczne, tym bardziej, że na granicy z przyjaciółmi z Czeskiej Republiki. Poza tym Sudety to przecież twór geograficznie niepodzielny jakąś sztuczną linią demarkacyjną. Chociaż znajdują się po obu stronach granicy, nie można ich znać zagłębiając się tylko w część polską.
Z wielkim przeto zapałem korzystając z danych nam możliwości wybraliśmy się miesiąc po wspomnianym wydarzeniu z Lewina Kłodzkiego na Pańską Górę trasą bez szlaku, za nic mając sobie obecność słupków granicznych.
Taszów to zadupie, ale jakże ładne zadupie. Schowane za górami, bliżej stąd do Czech, niż do Polski, pełne rozpadających się chałup przycupniętych w dolinie potoku, który przeskakujemy, by dostać się do szosy i kościółka. Przyszliśmy tu zLewina pokonując połoninne i widokowe wyniesienie Taszowskich Górek. Poniżej malutkiej świątyni wypatrzyć można podupadłą kapliczkę, lekko pochyloną pod naporem czasu. W takich miejscach jak to czas ma swoją definicję i tylko psy zaczepno-obronne psują tę sielankę szarżując na bardzo rzadkich (czyt. żadnych) turystów. Tym razem jednak jedyny czworonóg okazał się bardzo pokojowo usposobiony – wesoły rudzielec z frędzlami na uszach szukający towarzystwa jak powietrza. Przykolegował się do nas i odprowadził poza wieś aż do krzyża przydrożnego. Tu zeszliśmy z szosy w prawo na widokowy grzbiecik Kościelnej Góry (642m). Ze wzgórz, po których biega płowa głowa naszego kumpla widać już Czechy, a Olesnice zaznaczone są wystającą jak kikut wieżą kościoła. Mając ją za cel schodzimy do byłego miasteczka górniczego z zachowanym rynkiem. Czeka nas tu zasłużona przerwa, bo znajdujemy czynny hostinec, w którym nikt nie krzywi się na złotówki. Dotychczasowe wrażenia popijamy Primatorem z beczki za 4 zł i tak napełnieni możemy ruszyć dalej.
Pańską Górę (772m), główny cel wycieczki zdobywamy wychodząc między opłotki ze szlaku żółtego wiodącego nieco ponad właściwą osią wsi. W ten sposób wydostajemy się na rozległe pola siegające aż do wierzchołka. Szkoda, że nie mamy oczu dookoła głowy. Pańska Góra zachwyca widokowo, choć nie leży na żadnym szlaku turystycznym. Z jednej strony potężnie wyglądająca Orlica, z drugiej Góry Stołowe i Karkonosze.
Jak zejść? Można do Dusznik grzbietem przez Jelenia, a dalej za znakami czerwonymi przez Jamrozową Polanę. Można też pozostać jeszcze w klimacie opuszczonych, zapomnianych miejsc i powałęsać się po dość nieregularnej topografii na północ od szczytu, penetrując wymarłe lub wymierające wioski z ruinami chałup, starymi sadami owocowymi i bezszelestnie przemykającymi potokami – Zimne Wody, Jawornica, Witów.
czarnybocian@vp.pl
U BIAŁYCH TAJÓW
U BIAŁYCH TAJÓW
Po noclegu nad jeziorem w Dien Bien ruszyliśmy na południowy-wschód wzdłuż Czarnej Rzeki. Pierwsze złapane auto zawiozło nas na targ do małej miejscowości B-To. Zalała nas tu fala uśmiechów, uścisków dłoni i serdeczności. Większość mieszkańców tych terenów stanowią mniejszości etniczne, przede wszystkim Biali Tajowie. Nie mogliśmy się napatrzeć na pomponiaste nakrycia głów kobiet, a one odwdzięczały się nam równie intensywnymi spojrzeniami. Zaglądały nam do plecaków, uśmiechały się, pozowały do zdjęć i koniecznie chciały obejrzeć je na ekranie. Zagadywały w swoim języku. Dziadziuś podszedł i dał nam w dłoń parę zielonych śliwek. Straszni mili ludzie. Turyści rzadko zaglądają o tej część Wietnamu, więc byliśmy dla nich ciekawym kąskiem. W knajpce koło targu zjedliśmy tradycyjną zupę Phở i pomachaliśmy na do widzenia. Tego dnia udało nam się jeszcze dojechać górską drogą do Son La. Mijaliśmy wioski pełne zwierząt: kurczaków, świń, bawołów, kóz. Dziadkowie przed domami palili tradycyjne, długie drewniane fajki, popijali zieloną herbatę z małych filiżanek. Kiedy już znaleźliśmy się w miasteczku stwierdziliśmy, że po wielu dniach marszu i noclegów pod namiotem konieczny jest prysznic, suszenie namiotu i pranie ręczne. Znaleźliśmy w miarę tani pokój i od razu zabraliśmy się za zmywanie z siebie warstwy laotańskiego błota. Rano wyglądamy za okno… pada. Zebraliśmy jeszcze wilgotne rzeczy ze sznurka wiszącego nad łóżkiem i wyszliśmy na drogę. Pogoda nie sprzyjała autostopowi, więc schowaliśmy się pod daszkiem małej knajpki. Za ladą siedziała młoda kobieta, a między stolikami harcowało trzech urwisów. Emilia dołączyła do nich i razem poskakali w gumę. Jesteśmy na drugim końcu świata a zasady i „choreografia” są dokładnie te same
W międzyczasie ich mama przygotowała nam pycha śniadanie: ryż z mięsem i warzywami i omlety. A na deser kupiliśmy kiść bananów od staruszki, która też schowała się przed deszczem. Śmiała się cały czas, prezentując sznur czarnych jak smoła zębów. To kobieta z plemienia Lu. Farbują je dymem ze spalania kawałków drzew Met i Xuyen. Twierdzą, że tak jest piękniej
. My zostajemy przy bieli. Ciekawy ten Wietnam.
NOMADZI
SRI PADA
Sri Pada
Sri Pada to lankijska nazwa Góry Adama (Adam`s Peak) o wysokości 2243m n.p.m. Szczyt jest najbardziej znaną i obleganą górą na całym Cejlonie, zarówno przez turystów jak i pielgrzymów. Aby się do niego dostać, należy pojechać prawie w sam środek wyspy, gdzie większość mieszkańców stanowią Tamilowie, zatrudnieni na plantacjach herbaty. Wszyscy razem i każdy z nich z osobna są podejrzani o współpracę z Tamilskimi Tygrysami (LTTE), toteż pod pretekstem ochrony wojsko rozmieściło swoje posterunki na dosłownie każdej drodze, co kilkanaście kilometrów. Przy każdym posterunku trzeba wyjść z autobusu, pokazać dokumenty i zawartość bagażu. My zazwyczaj udawaliśmy, że nie wiemy o co chodzi, więc żołnierze zostawiali nas w spokoju. Udało nam się w końcu dojechać krętą szosą do Dalhousie, małego miasteczka położonego pod świętą górą. Za 600 rupii (15zł) wynajęliśmy pokoik w przytulnym Green Guest House i przygotowaliśmy się na nocne wejście na szczyt. Pobudka o 2 w nocy, wymarsz o 2:30. Ciekawostką jest to, iż cała trasa od podnóża na sam szczyt, jest oświetlona latarniami. Dodatkowo wzdłuż niej ciągną się dziesiątki straganów, kramów, restauracji i innych tego typu „atrakcji”. Szlak jest dość stromy, zwłaszcza ostatni odcinek, ale aż do samej góry poprowadzone są schody. Pomagają w górę, ale mocno dokuczają kolanom przy zejściu. Dziwnie się czujemy bo po raz pierwszy w życiu wchodzimy w ten sposób na dwutysięczną górę – w środku nocy, po schodach i przy blasku latarni. Na szczycie, trzeszcząc zębami z zimna, czekała spora gromada ludzi – Lankijczyków, Tamilów i turystów z zagranicy. Po co ci wszyscy ludzie wchodzą na szczyt nocą? Raz, że w dzień jest piekielnie gorąco, dwa, że o wschodzie słońca odprawiana jest pudża czyli buddyjska uroczystość. Tuż przed pierwszym promieniem zaczęły grać bębny, mnisi odśpiewali rytualne pieśni i poprowadzili procesję dookoła świątyni, w której podobno znajduje się odcisk stóp Adama, Buddy lub Sziwy (w zależności w co kto wierzy). Do rytmu muzyki pojawiło się czerwone Słońca i automatycznie, po drugiej stronie, na zalane chmurami wzgórza i wsie padł idealnie trójkątny cień góry, utrzymujący się przez kilka minut, jakby zawieszony w powietrzu. Od razu zrobiło się cieplej i w asyście zachwyconych pielgrzymów zeszliśmy z jednego z najwyższych szczytów Sri Lanki (na najwyższy Pidurutalagala nie można wejść, bo zajmuje go wojsko… ale tu chyba to nikogo nie dziwi).
NOMADZI
NAD JEZIOREM VAN
Nad jeziorem Van
Jedziemy białą ciężarówką z kurdyjskim kierowcą, który z taśmy puszcza muzykę, a sam podśpiewuje pod nosem narodowe pieśni. Droga pnie się pomiędzy górami, aż do przełęczy wzniesionej na 2200 m npm. To najwyższy punk na trasie z Bitlis do miasta Van. Powoli tracimy wysokość, ale jeszcze we wstecznym lusterku możemy podziwiać majestatyczne szczyty gór Kurdystanu. Pod wieczór wysiadamy nad brzegiem jeziora Van, które jest największym jeziorem w Turcji. Jest ono ze wszystkich stron otoczone wysokimi górami, a sama woda jest lekko słona. Nasz namiot rozbijamy na małym wzniesieniu z widokiem na jezioro i wyspę Akdamar, na której znajdują się ruiny ormiańskiego kościółka z X w. Tu wiosna dopiero dociera, łąki goszczą pierwsze kwiatki. Gdy szykowaliśmy się do snu z pobliskiej wioski przeszedł młody pasterz ze swoim stadem owiec. Chwilę z nim porozmawialiśmy, ale z naszym łamanym tureckim niewiele mogliśmy zrozumieć. Mehmet, bo tak miał na imię, po jakimś czasie poszedł do wsi, ale wrócił po zmroku z wielką niespodzianką: pięć litrów świeżego jogurtu, ser oraz chleb. To się nazywa gościnność! Pałaszujemy ze smakiem świeże produkty i z pełnymi brzuchami zasypiamy spoglądając w niebo po brzegi wypełnione gwiazdami. Rankiem budzi nas beczenie owiec. To Mehmet przyszedł nas pozdrowić muzułmańskim „salam”, na które odpowiadamy „pokój i Tobie”. Pakujemy się i jedziemy dalej w nieznane…
NOMADZI
Radzimowice
Mokry maj. Zmoknięci jak szczury zjeżdżamy do równie zmokniętego Mysłowa. Dość obojętnie przejeżdżamy obok zanurzonego w szarości pałacu, ale pod kościółek pw. św. Jana Chrzciciela już zaglądamy. Jest dziś bardzo buro, szaro i szaro-buro – na zmianę – i wcale nie wiosennie. O wiośnie przypominają tylko obwisłe pierwiosnki, które jakby tu nie pasowały. Wyglądają jakby brały na siebie całą winę za ponurość świata. Znowu nasila się deszcz. Chyba nie ma sensu czyścić rowerów z błota, zaraz i tak dostanie im się na nowo.
Na bitej drodze do Radzimowic zapominamy nieco o deszczu, bo umysł zajął nam ostry podjazd wysiłkowy. Przewyższenie około 500 m. Po dość uff-nym ataku na nachylenie drogi z radością witamy widok położonej tu wysoko wioski, dawnego (kto by pomyślał) miasta górniczego, zaznaczonej masztem z flagą. Już na wjeździe rzuca się w oczy nieodpowiadające standardom sudeckiej wsi zadbanie. Zaledwie kilka domów skupionych wokół centralnego placyku ze studnią. Przy niej postanawiamy skorzystać przerwy w deszczu i nagotować kawy.
Gotujemy wodę, gdy nagle wszystko się odmienia. Pogoda wokól nas, a nastrój w środku nas. Radzimowice odsłoniły swe widokowe walory w jednej chwili, a my wobec tego w jednej chwili zaczynamy czuć się raźniej. Jeszcze nie potrafimy nazwać tego uczucia, ale jakoś otula nas urok tego miejsca, tchnienie czystej gościnności oraz magia prostoty i dobra. Pojawia się przedstawiciel tutejszej społeczności – Wiktor, który jak kilku innych przybył tu z miasta i zakochał się w surowym odludziu. Zagaduje, opowiada, pokazuje nam dom dla turystów, którego nie widać z drogi, bo tak sprytnie wkomponowany jest w zieleń. Dowiedziawszy się skąd i dokąd jedziemy proponuje nam darmowy nocleg w budce – kiosku na placu budowy. Dla nas to idealne rozwiązanie. Możemy teraz zostawić ciężkie sakwy i na lekko ruszyć dalej nie martwiąc się o wolną ambonę w lesie. Merdaniem ogona na nasze zakwaterowanie zezwala też drugi z gospodarzy – przyjacielski pies Bruno.
Po słonecznie pysznej przejażdżce spędzamy w Radzimowicach wieczór, noc i poranek, czyli wszystkie najbardziej mistyczne pory doby. Dzisiaj wieś odradza się z zapomnienia, ale kiedyś posiadała status wolnego miasta górniczego, a nawet własny herb. Wydobywano tu wiele z bogactw ziemi – złoto, srebro, miedź, arsen. Dzis Radzimowice tętnią innym życiem- własnym i niebanalnym. Studnia pośrodku dawnego rynku ma zachęcać turystów wędrujących z Wojcieszowa, Mysłowa lub Lipy do zatrzymania się choć na chwilę. Są też solidne ławy oraz tablica informacyjna z hsitorią osady. O wszystko dbają sami mieszkańcy poświęceni w pełni swojej sielskiej krainie, na czele z sołtysem – Wiktorem Urbańczykiem. Wokół panuje też nastrój nieco tajemniczy, który tworzą chociażby symbole i znakiruniczne rodem ze Skandynawii.
To nie koniec oczarowań. Rankiem, po przebudzeniu uraczeni jesteśmy jeszcze jednym przejawem tutejszej gościnności. Wczoraj ten prezent był zamaskowany kotarą chmur, ale dziś, na pożegnanie odsłania się w całej okazałości – widok na rozpięte tuż za Osełką Karkonosze, jakby lukrem obsypane niby tort grzbietowy. Wpatrzeni jak zaczarowani żegnamy się z Wiktorem nabierając wody z dobrej studni na dalszy ciąg wyprawy.
Czarny Bocian
czarnybocian@vp.pl
Duże i małe miasta
Łatwo zgubić się w dużym mieście. Jeszcze łatwiej, gdy jest to duże znane miasto. Warto pojechać do Krakowa, przejść się Królewskim Traktem, zadrzeć głowę kilka razy ku gotyckim strzelistościom, nie oprzeć się urokowi krużganków na Wawelu. Warto też zgubić się w anonimowym tłumie. Raz na jakiś czas taka terapia wtopienia się w pędzący tłum nie zaszkodzi. Ja jednak jakoś wolę mniejsze rozmiary. W Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku gubię się zbyt często, jak w zbyt luźnych spodniach. Te miasta są jak luksusowe szarawary, toniesz w nich płacąc słono za przyjemność utonięcia. A przecież tak blisko z nich do miasteczek równie urokliwych, a pozbawionych przytłaczającej masy ludzkiego animuszu, wyzbytych niebezpieczeństwa otarcia się o pierwszego lepszego imbecyla, schowanych w zapomnieniu jakby w zakurzonym kącie, często zaniedbanych, ale o wiele bardziej autentycznych i traktujących przybysza jako kogoś wyjątkowego. Gdy zgubisz się w małym miasteczku zaraz odnajdą cię oczy tubylców, ciekawskie wszystkiego, co spoza podwórka. W zaułkach prowadzących do uśpionego rynku nie miniesz się z grupą wrzeszczących kolonistów, a jeśli się potkniesz, to o prawdziwie stary, pamiętający kilka stuleci bruk. Łatwo zgubić się w wielkim Krakowie, ale o wiele przyjemniej odnaleźć się w Lanckoronie.
Pojedźmy do Kazimierza – podobno tam zachód ze wschodem się zderza, a dni płyną smugą łagodną.
Pojedźmy do Lanckorony – słyszałem, że z głów schodzą korony, tak jak chciałem
Pojedźmy do Gniewu czasem – no, nie wiem… Tam złość schowana za pasem, wraz z gniewem
Pojedźmy do Dorohuska – dlaczego? Tam zionie ostatnia pustka i strach nie lęka się niczego
Pojedźmy do Bogatyni – może wtedy porachujemy się z tymi co od przypadku i biedy
Pojedźmy do Pińczowa – no właśnie - można tam zacząć od nowa to co gaśnie
Pojedźmy do Krasiczyna – adrenalina? Nie z tego Krasiczyn słynie – czas tam płynie
Pojedźmy do Zwierzyńca – nic dziwnego. Tam rośnie czas na dziedzińcach z klocków lego
Pojedźmy na koniec kraju tego, co państwem nie potrafi być.
Może tam nas nie znajdą, może tam można żyć .
Czarny Bocian
Wojna na kolory
Wojna na kolory
W zielonym lesie trwa wojna na kolory
Między bukiem a świerkiem toczą się spory
Spory kawał przestrzeni pod zielenią skrytej
To poligon utarczki, cel broni nabitej
Kto tu z kim tak się zmaga, kto tu guza szuka
Mało komu, że dzięcioł głośno w korę stuka
Komu zieleń nie starcza, więc domaga się zmiany
Na co świsty pocisków i prochu smród znany
Błękit z nieba jak lawa, z boku żar rozwścieczony
Czerwień z purpurą – sojusz na czas określony
Gdzieś z prawego zanadrza brąz zmieszany z żółcią
A róż ostry od tyłu pnia wielkiego pół ściął
O co walczą kolory w lesie o tej porze?
Przecież noc już zapada, żaden usnąć nie może?
Ciężkim jaskrawym orężem na się uderzają
A może tylko się bawią, może w paintball grają?
Czas sobie dobry wybrały, między nocą a dnieniem
Bo w tym czasie zieleń jeszcze słodko drzemie
Biją się o jej wpływy w nadchodzący dzień
Czarny Bocian
Nowy punkt odbioru odbitek
Nawiązaliśmy współpracę ze sklepem „Świat Kwiatów i Upominków” w Wałbrzychu – CH Auchan.. Od dzisiaj (25.09.2009) istnieje możliwość odbioru zamówionych odbitek w tym sklepie.
Opłata za odbiór: 5 zł – płatna na miejscu.







































